Ojjj bardzo dawno nie było żadnego wpisu... usprawiedliwienie? - Owszem jest :)
Po pierwsze święta, święta, święta... wiemy jak w grudniu czas szybko leci. Po drugie... mam dla Was nagrodę za cierpliwość ponieważ pracowałam nad czymś wyjątkowym dla mnie. Zaczęłam od małej skrzyneczki, a skończyłam na... krzesłach :) Pomyślałam, że skoro wyszło mi coś małego to czemu tego nie zrobić na większym gabarycie, co prawda do stołów i regałów jeszcze daleko ale kto wie ;) Szybka akcja... pomysł - kupno sprzętu - realizacja, a po drodze jeszcze mała edukacja z zakresu renowacji mebli. W ostateczności okazało się, że nie taki diabeł straszny :) W tym miejscu chyba powinnam podziękować tacie który od małego siedział ze mną i kredkami przy stole, a także dał dobie pomagać przy rożnych pracach remontowych dzięki czemu obycie w narzędziach mam dużo lepsze, no i mamie która nie krzyczała kiedy malowałam po ścianach, dzięki czemu rysunki wielkoformatowe też mam już za sobą :P
Pierwszą częścią pracy było oczywiście kupno... nie mogłam się zdecydować czego. Ale kiedy pojechałam na giełdę antyków wybór padł szybko i w stojących pod książkami krzesłach znalazłam duży potencjał. Od początku byłam zdecydowana na biały kolor z jakimś motywem. Ale... ale... Jako pierwsze odbyło się szlifowanie. Oj było co robić i przy okazji niezła gimnastyka. Na poniższym zdjęciu po prawej krzesło po oszlifowaniu... na żywo różnica była trochę bardziej widoczna.
Kolejny etap (mój ulubiony) to malowanie. Różnica wyszła ogromna w efekcie przed i po. Po wielu przeczytanych opiniach zdecydowałam się na farbę Flugger - kolor biały mat20. Nie chciałam żeby drewniane krzesła zatraciły swój urok i sztucznie się świeciły jak meble z Ikei, chociaż osobiście nic do nich nie mam :P Farbę nakładałam wałkiem, aby było ładnie i równomiernie 2 warstwy. Jedną warstwę machnęłam jeszcze dla pewności pędzlem i oszlifowałam żeby nie było żadnych nierówności.
Najbardziej czasochłonne było malowanie wzoru jaki maił znaleźć się na krześle. Najpierw rysowanie szablonu na kartce, później przeniesienie go na krzesło, malowanie, poprawianie i szlifowanie. Krzesła mam dwa więc pracy miałam dwa razy więcej a przy takich drobnostkach jest to bardzo czasochłonne. Wszystko malowałam własnoręcznie, nie chciałam żeby efekt był "naklejkowy". Na spodzie każdego z krzeseł znalazła się też moja pieczątka, użyta pierwszy raz w moich pracach :) Po wszystkich tych czynnościach ostatecznie zostało nałożenie lakieru. Również firmy wymienionej wcześniej i tak samo w macie.. Pomalowanych krzeseł właściwie nie trzeba lakierować ale to przedłuży ich żywotność, a przy dodatkowych malunkach jest to niezbędne by się nie ścierały.
A oto i efekt finalny. Mam nadzieję, że i Wam się udziela moja wizja :)
Miłego dnia!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz